Biografia Kirx'a Shepparda
Urodziłem się podczas burzliwego okresu w stolicy Naboo, mieście wielu wodospadów: Theed. Należałem do bogatego rodu, mającego siedzibę niedaleko pałacu nowo wybranej królowej Naboo - Padme Amidali. W wieku 5 lat przyszło mi przeżyć inwazję Federacji Handlowej na moją rodzimą planetę. Był to ciężki okres zarówno dla mnie, jak i dla mojej rodziny. Moja więź z Republiką była silna, dlatego gdy dorosłem za zgodą Wielkiego Kanclerza wstąpiłem do WAR. Służyłem jako komandor ARC w legionie 501, gdzie dowódcą był kapitan Appo. Nie podlegałem jednak tak jak wszystkie klony generałom Jedi (choć wydawali mi na przykład nowe koordynaty misji). Miałem małą grupę ludzi z legionu 501. Nie chwaląc się, powiem, że nasz zespół wykonywał zadania dla wielu innych zbyt trudne. I wykonywaliśmy je bezbłędnie: zawsze kończyły się naszym powodzeniem, co więcej: powodzeniem Republiki. Na jednej z misji na Alderaanie poznałem pewną młodą Panią senator, Dejah Silptes, w której szybko się zakochałem. Z tego, co wiedziałem, Pani senator również odwzajemniała te uczucia. Staliśmy się parą a w przyszłości małżeństwem.

Mój oddział dostał właśnie nową misję na planecie Cato Nemoidia, gdzie mieliśmy wyłączyć pole generatora osłony bazy, w której stacjonowało kilka batalionów droidów. Było to niezbędne, aby umożliwić LAAT lądowanie podczas inwazji. Wszystko szło zgodnie z planem, dopóki na naszej drodze nie stanęło kilka robotów typu A-DSD i parę ciężko uzbrojonych maszyn typu B2. Podczas walki nieźle oberwałem z granatnika. Jak się okazało, utraciłem przez to prawie całą pamięć. Jedyne, co zostało w mi w głowie, to że moja żona nazywa się Dejah a ja jestem komandorem ARC w WAR. Przynajmniej tyle, że misja dla Republiki zakończyła się sukcesem. Pomimo urazu, jakiego doznałem, wciąż byłem komandorem i miałem swój oddział do misji specjalnych. Otrzymaliśmy kolejne zadanie, tym razem w kosmosie, ściślej: nad centrum galaktycznym Coruscant. Wszystko przez to, że generał Grievous porwał Kanclerza. Nie było mi to na rękę, bo chciałem spędzić wolny weekend z moją żoną (mieliśmy lecieć na Alderaan odwiedzić jej wuja). Cóż kiedy służba jest najważniejsza. Szybko wykonaliśmy zadanie: wysadziliśmy parę okrętów Separatystów i narobiliśmy trochę zamieszania. Myślałem, że to już koniec, jednak to, co stało się potem, zapamiętałem na wsze czasy... Wreszcie wyjechałem na urlop, gdy niespodziewanie otrzymałem komunikat z informacją, że Kanclerz wydał rozkaz 66. Oznaczało to, że wszyscy generałowie, czyli Jedi, musieli zginąć. Byłem pewien, że coś jest nie tak. Wziąłem więc szybko mundur i moje dwa ulubione DC-15s, pożegnałem się z moją ukochaną Dejah i szybko ruszyłem do sztabu głównego War na Coruscant. Tam skontaktowałem się z moimi ludźmi i wymieniłem z nimi opinie na ten temat. Wszyscy zgodziliśmy się, że cała afera to jedno wielkie kłamstwo. „Jakim cudem Jedi mogli zdradzić? To niemożliwe!”, przekrzykiwaliśmy się. Zaledwie jeden obrót planety później dowiedzieliśmy się, że Kanclerz Palpatin rozwiązał Senat, a sam okrzyknął się Imperatorem. War zmieniło się w wielką armię imperium a Jedi zostali uznani za zdrajców.

Zbliżał się środek nocy w Imperialnym Centrum na Coruscant. Byłem właśnie w apartamentowcu z moją żoną, gdy usłyszeliśmy, jak ktoś wyważa drzwi do naszego mieszkania. Szybko pochwyciłem mój blaster DC-15s i wycelowałem w drzwi. Kiedy ktoś wszedł do pomieszczenia, chciałem wystrzelić z blastera, ale ujrzałem inkwizytorów Imperium, którzy mieli za zadanie wytropić i schwytać Jedi. Zapytałem się, o co chodzi, lecz oni niespodziewanie okrzyknęli mnie zdrajcą pomagającym Jedi i oświadczyli, że muszę natychmiast zginąć. W tym momencie począłem coś w swoim wnętrzu, jakąś energię podpowiadającą mi, co mam robić. Już bez wahania wystrzeliłem w inkwizytora wiązkę, która na krótko miała go sparaliżować, jednak strażnik nie był sam; pozostali rzucili się na mnie z wibroostrzem. Wtem moje ciało wykonało szybki unik (w późniejszym czasie zorientowałem się, że żyję teraz tylko dzięki Mocy), pochwyciłem Dejah i pobiegliśmy szybko na balkon. Wezwałem swój prywatny ścigacz, aby przyleciał do nas. Jednak problem nie był rozwiązany: pozostali mężczyźni dalej nas gonili i pewnie by nas dopadli, gdyby nie moja ostrożność: ustawione pułapka na złodziei i podobnych niemile widzianych gości. Udało się: istoty wpadły do moich pułapek, a nam udało się uciec ścigaczem. Tę noc postanowiliśmy spędzić u brata mojej żony. Następnego dnia postanowiłem, że przede wszystkim muszę najpierw skontaktować się z moimi ludźmi, a następnie pomyśleć o ucieczce z planety.

Nawiązanie kontaktu z moim oddziałem było nie lada wyczynem. Jednak byłem poszukiwany i traf chciał, że dostałem się do imperialnych koszar, co dla zwykłego obywatela oznaczało śmierć na miejscu. Jednak ja miałem pewien plan... Gdy byłem już w koszarach, założyłem swoją zbroję ARC i przeszedłem zdecydowanym krokiem do sektora gdzie mieszkali moi ludzie. Dotarcie do ich kwater nie było trudne, co mnie trochę zaniepokoiło. Otworzyłem drzwi i poczułem wielką ulgę, bo siedmiu ludzi z dawnego 501 legionu było w środku. Opowiedziałem im o wszystkim, co mnie spotkało i podzieliłem się z nimi moim planami, gdyż oprócz rodziny im tylko mogłem zaufać. Wymieniliśmy się informacjami i uzgodniliśmy, że w kolejny weekend mój dawny oddział pomoże mi wydostać się z planety, a przy okazji zabierze się ze mną, bowiem mieli takie same poglądy na temat Imperium jak ja. Czas przed wyjazdem z Coruscant był dla nas bardzo trudny. Deptali nam po piętach inkwizytorzy i parę batalionów: teraz już nie armii klonów, ale szturmowców. Przez kolejnych pięć obrotów planety zmieniliśmy miejsce zamieszkania dobre dziewięć razy. W końcu nadszedł czas, który był dla nas ratunkiem.

Nasz statek stał w doku szóstym, gdy obok rampy pojawiło się siedmiu mężczyzn. Szybko zorientowałem się, że są to nasi wybawcy, moi ludzie. W pośpiechu załadowaliśmy nasz dobytek i usiadłem wraz z moją Dejah w kabinie pilota. Za sterami siedział mój najlepszy żołnierz, klon o ksywie Red. Byłem spokojny, gdyż udało mu się zdobyć przepustki z planety, a były one niezbędne do jej opuszczenia.

Naszym celem podróży był Alderaan, świat neutralny poza rządami Imperium. Szybko się osiedliliśmy w jednym ze szklanych wieżowców. W krótkim czasie załatwiłem również dobrą siedzibę dla mojego zespołu. W tym miejscu nie mógłby nas znaleźć nawet batalion szturmowców do spółki z inkwizytorami. Co więcej, poznałem wówczas Mistrza Jedi, który wykrył we mnie energię, pozwalającą mi posłużyć się tajnikami Mocy. Rozpocząłem szkolenie pod opieką Mistrza Jedi, który pomógł mi kontrolować to coś: coś, co z całą pewnością było Mocą. Po ukończeniu treningu jedyne, co miałem do zrobienia to budowa własnego miecza. Miałem żonę, więc dawniej Kodeks Jedi zabroniłby mi zostać rycerzem, jednak teraz Jedi było tak mało, że ta zasada straciła na znaczeniu. Gdy zbudowałem miecz, brakowało mu już tylko jednego, a mianowicie kryształu. W tym celu musiałem udać się do jaskiń, gdzie mogłem go zdobyć. Jednak po powrocie do domu odkryłem, że Dejah została porwana przez wywiad imperialny i jeżeli się nie poddam, będą w stanie ją zabić. Miałem tego dość. Zabrałem swoje DC-15s i dopiero co gotowy miecz o niebieskim ostrzu. Informacje o lokalizacji bazy udało mi się otrzymać od byłego Komandosa dawnej Republiki: był on moim odwiecznym przyjacielem jeszcze w czasach wojen klonów, a nazywano go Aaron. Wraz z moim zespołem i Aaronem ruszyłem do siedziby Imperium, gdzie przetrzymywano Dejah. Miałem dobry plan, który bardzo szybko wyeliminował szturmowców. Sam wybrałem się do sektora więziennego na poziomie czwartym, a moim ludziom kazałem podłożyć ładunki termojądrowe w newralgicznych miejscach bazy. W drodze do celi napotkałem kilka czyhających na mnie pułapek, jednak z wszystkich udało mi się wyjść cało. Szybko dotarłem do celi i uwolniłem ukochaną Dejah. Pamiętając o zasadzie Jedi, aby się nie mścić, zdecydowałem się nie ścigać imperialnego oficera, który wszystko to zaplanował. Pomyślałem, że Vader zajmie się nim sam. w statku spotkaliśmy się z moimi ludźmi gotowymi do startu. Przestało być tak miło, kiedy zaczęły nas gonić TIE Interceptory. Rozkazałem wysadzić ładunki rozmieszczone w bazie. Klon House szybko wykonał rozkaz, a baza zamieniła się w pokaz fajerwerków. Gdy pozbyliśmy się Interceptorów, szybko polecieliśmy do naszej tajnej siedziby na Alderaanie, gdzie mieszkali moi ludzie.

Gdy dotarliśmy na miejsce, nie mogłem już znaleźć Mistrza Jedi, którego na początku poznałem... Sam spisku Imperatora miałem serdecznie dość. Co do mojej zbroi, nie rozstałem się z nią, z tym że teraz już nie tak często nosiłem hełm. Za to miałem na sobie czarną pelerynę z kapturem, a pod ręką DC-15s i miecz świetlny.

Zdarzyło się, że miałem wizję podczas snu. Widziałem strach w oczach ludzi, ogromny wybuch i samotny statek pośród asteroid. Miałem przeczucie, że trzeba wynosić się z planety. Posłuchałem tego i w ciągu kolejnego obrotu planety byłem już z moim zespołem i Dejah poza nią. Jako miejsce nowego zamieszkania wybrałem księżyc Yavin 4.

Niestety z powodu problemów ze statkiem musieliśmy wylądować na bezludnej planecie pełnej nad wymiar egzotycznej fauny. Dokonywaliśmy tam napraw, ale nie tylko. Podczas pobytu w tym miejscu odkryliśmy coś naprawdę ekscytującego: roślinę, mogącą przedłużyć żywot każdego człowieka. Dzięki temu przeżyliśmy naprawdę wiele. Po dokonaniu napraw udaliśmy się w kierunku pierwotnego celu, mianowicie księżyca Yavin 4. Tam spotkałem organizację Sojuszu Rebeliantów, którzy chcieli unicestwić Imperium. Dzięki czemu w Galaktyce znów zapanowałby pokój. W obawie zachowałem dla siebie to, że jestem Jedi (albo że staram się nim być).

Jakiś czas później dotarła do mnie informacja, że Alderaan został unicestwiony przez nową stację bojową Imperium. Zorientowałem się wówczas, że gdybyśmy tam zostali, już nas by nie było na tym świecie.

W krótkim czasie poznałem Luke Skywalker’a – tego, któremu udało się zniszczyć Gwiazdę Śmierci, [...] a potem stanął do pojedynku z Darth Vaderem i samym Imperatorem. Po tym wszystkim na jakiś czas zapanował pokój w Galaktyce a ja mogłem wreszcie odpocząć i zająć się rodziną, gdyż na świat miał przyjść jej nowy członek...